Moja firma raz do roku organizuje coś co nazywa się Piknik Rodzinny. Wszyscy ludzie z firmy mogą zabrać swoją rodzinę i spędzić cały dzień na naprawdę dobrej zabawie na świeżym powietrzu. Ja byłem w tym roku po raz pierwszy na takiej imprezie i nie mam jej do czego odnieść, ale wydaje mi się, że było naprawdę super - sami przeczytajcie.
Piknik Rodzinny to chyba pewnego rodzaju przeciwwaga dla Company Meetingu (gdzie też jedzie cała firma, ale już bez rodzin). Tym razem zabrać można było dziewczynę, żonę, przyjaciółkę a do tego wszystkiego obowiązkowo dzieci (o ile ktoś posiadał). I to w zasadzie dla dzieci było najwięcej atrakcji, ale i dorośli nie mieli na co narzekać.
Dojechaliśmy na miejsce (do Kawęczyna, 40 km od Warszawy) jako jedni z pierwszych. Skorzystaliśmy z tego i Tomuś prawie od razu wylądował (razem ze mną) po raz pierwszy w dmuchanym basenie z piłeczkami. Nie do końca biedaczek wiedział co ma robić, więc jak to zwykle - podgryzał sobie coś - tym razem oczywiście piłki.

Minusem całego dnia była temperatura - upalna. Więc dosyć szybko trzeba było uciekać z atrakcji w cień. Teren na którym odbywał się Piknik (Gościniec Wiecha) była całkiem spory, więc czasem od atrakcji do atrakcji trzeba było się sporo przespacerować.
Ruszyliśmy więc w drogę i jedną z ciekawych atrakcji po drodze był zorbing, albo bardziej po polsku (lub lokalnie) dmuchawce. Czyli wielkie dmuchane piłki, do których wchodziło się do środka i toczyło się jak chomik. W wersjach ekstremalnych występują kiedy turalsz się z górki a nawet i wpadasz na koniec do wody. Tu były tylko na równym terenie, bo uczestnicy to głównie dzieci (choć jak widać na zdjęciu poniżej - ja również nie mogłem sobie odmówić).

W międzyczasie zanim dotarliśmy do atrakcji do której zmierzaliśmy zahaczyliśmy również o strzelanie z wiatrówki oraz łuku. O ile moje doświadczenia w strzelaniu z broni palnej są dosyć spore (więc i z wiatrówką miałem prawie 100% skuteczność) o tyle z łukiem nie miałem nigdy do czynienia. Więc pierwsza strzała przeleciała sporo nad tarczą.
Ale dotarliśmy wreszcie do atrakcji docelowej, czyli jazdy samochodzikami. Tory był dosyć prosty, trasa 3 okrążenia, samochodzik malutki i chyba z silnikiem z Malucha. Najpierw zaszalała Anetusia i poszło jej bardzo dobrze. A potem była moja kolej i się okazało że o ile na początku szło super, tak po pierwszym zakręcie wpadłem w opony odgradzające tor. Zanim wyjechałem to minęła chwila, ale się udało. Resztę okrążeń jeździłem już trochę spokojniej :)

Nie dotarliśmy do ostatniej odległościowo atrakcji, czyli jazdy dosyć podobnymi samochodzikami ale w terenie (tu był tylko tor). Niestety trzeba było pomału wracać do punktu centralnego, bo Tomuś przebudzał się pomału.
Na miejscu Tomuś zjadł, Anetusia zrobiła sobie mnóstwo bransoletek z koralików - o dziwo ta atrakcja była teoretycznie dla dzieci, a jakoś przy stolikach widziałem bardzo dużo mam :)
Tomuś po przebudzeniu miał jak zwykle sporo energii, więc spożytkował ją bawiąc się na wielkim placu zabaw w domku, gdzie było sporo dzieciaków w jego wieku.

My jeszcze jedząc obiad słuchaliśmy w tle jak z goścmi gotował Maciek Kuroń (nawet później próbowałem zrobionych przez niego nadziewanych polędwiczek - były całkiem dobre). Nawet człowiek nie zauważał jak szybko dzień mijał, a my nie zwiedziliśmy jeszcze wielu atrakcji.
Jednej na pewno nie mogliśmy sobie odpuścić i nawet Anetusia miała odwagę. A były to trampoliny dla dzieci i dorosłych. Nawet o dziwo udało mi się robić salta do tyłu i do przodu. Do tyłu nawet po dwa na raz.

I tak ten czas zleciał, że praktycznie nie zauważyliśmy jak zrobiła się 17:00 (byliśmy tam od 11:30). A o tej godzinie kończyła się oficjalna część i składały się wszystkie atrakcje. Oczywiście nie udało się nam wszystkie zobaczyć, a tu trzeba było pomału kończyć.
Nie zostawaliśmy już dłużej (mimo, że sporo osób zostało przy piwku i dobrym jedzeniu), bo byliśmy wymęczeni - pewnie w dużej mierze też przez pogodę. Jak wróciliśmy do domu to po prostu nam się nic nie chciało robić. Ale atrakcje były naprawdę rewelacyjne i to był naprawdę świetnie spędzony dzień na świeżym powietrzu.
Wnioski na przyszły rok (o ile będzie w tym samym miejscu)? Pójść najpierw pojeździć samochodzikami (mniejsze kolejki). Za rok Tomuś też będzie starszy więc i pewnie wiecej atrakcji będzie typowo dla niego (np. kozy, plecenie sznurka, wyrabianie papieru, wyrabianie masła, karuzele, itp.)
Wpisy (RSS)